Publikacja bardzo szeroko dokumentuje tytułowe zagadnienia, próbując uchwycić w aspekcie prawno-kryminologicznym relacje międzyludzkie w ich najróżniejszych postaciach w odniesieniu do zaginięć w konsekwencji zdarzeń patologicznych w rodzinie, pracy czy w szkole. Odwołano się także do sfery kulturowej współczesnej cywilizacji w kontekście zaginięć ludzi. Zagrożenia
W momencie szczytowym V fali, omikron to może być nawet 90% wszystkich zachorowa "Omikron w Polsce dopiero się rozkręca. Przyrost zachorowań ma być lawinowy.
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy odnotowano jednak zwiększoną liczbę zaginięć nieletnich w Polsce. 48 godzin wyzwanie 48 godzin niebezpieczna gra Facebook gra internetowa zaginięcia dzieci fala zaginięć nastolatków
Przyczyną zaginięć najmłodszych, czyli dzieci w wieku do 6 lat jest np. zgubienie się, wypadek, uprowadzenie. Dzieci mogą stać się ofiarami przestępstw takich jak pedofilia, porwania czy zabójstwa. Dużą rolę w zapobieganiu zaginięć dzieci jest przede wszystkim prawidłowa opieka rodziców czy opiekunów, ale także odpowiednie
W 2017 roku do małopolskiej policji trafiło około 1100 zgłoszeń o zaginięciach ludzi. Nie o wszystkich przypadkach jest głośno. Dlaczego tak się dzieje?
Odwiedzający to miejsce mogą w pobliżu urządzić sobie piknik w towarzystwie kangurów, rozbić obóz lub wędrować na szczyt Wiszącej Skały, by podziwiać piękne widoki położonych niżej okolicznych równin. W najwyższym punkcie Wisząca Skała osiąga wysokość 718 m n.p.m., a dojście do niego zajmuje średnio 45 minut.
. Fundację w latach 90. założyli twórcy programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". Chcieli pomóc bliskim zaginionych traktowanym kiedyś po macoszemu i zostawianym samym sobieJurkiewicz zwraca uwagę na zmiany, jakie zaszły w podejściu do tych, po których zniknął ślad, jak ich rodzin. Dla ITAKI nie zmieniło się jedno: szacunek wobec jednych i drugichRozmówczyni Onetu podaje w wątpliwość działania internautów i niektórych mediów, zastanawiając się, po co ujawniają szczegóły z życia zaginionych Sprawy sprzed lat żyją swoim życiem, zwłaszcza te najbardziej sensacyjneLudzie zaczynają się nimi na nowo interesować, roztrząsać je w mediach społecznościowych. Ale czy to jest dobre dla zaginionych i ich rodzin? – zastanawia się wiceprezeska ITAKIPodkreśla również, że fundacja nie współpracuje z jasnowidzami, wróżkami i detektywamiWięcej znajdziesz na stronie głównej Błaszkiewicz, Onet: ITAKĘ znają wszyscy. Anna Jurkiewicz: Sięgając pamięcią do początków fundacji, myślę, że to, co wymyśliliśmy 20 lat temu, nie zmieniło się. Tak naprawdę wciąż robimy to samo. Wasza działalność zaczęła się od programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". To prawda, fundatorzy ITAKI, w tym Wojciech Tochman, Alicja Tomaszewska i ja, spotkaliśmy się na jego planie. Podczas pracy nad "Ktokolwiek widział..." zorientowaliśmy się, że rodziny osób zaginionych są kompletnie pozbawione pomocy. Kończyło się na przyjęciu zgłoszenia przez policję i w zależności od specyfiki zniknięcia, podejmowała pewne działania, choć wtedy nie były tak dobrze zorganizowane jak dzisiaj. Bliscy pozostawali właściwie sami sobie – nie dostawali pomocy prawnej, psychologicznej czy socjalnej. A wiadomo, że zaginięcie dorosłej osoby wiąże się z szeregiem problemów, choćby majątkowych i opieki nad dziećmi, które pozostają że w Polsce za zmarłego można uznać kogoś dopiero po 10 latach od zniknięcia. Postanowiliśmy więc stworzyć grupę, która będzie te rodziny wspierać. Robicie to nieustannie od nadal nasza misja, ale oczywiście świat bardzo się zmienił. Pamiętam, jak na początku działalności kontaktowaliśmy się z policją. Żaden funkcjonariusz nie miał wtedy nawet maila. Dostawaliśmy faksy ze zdjęciami i załamywaliśmy ręce, bo nie dało się ich wykorzystać, tak kiepskiej jakości były. Bliscy zaginionych wysyłali nam listy, a my codziennie chodziliśmy na pocztę, by je odbierać. Mijało trochę czasu, zanim udało nam się opublikować czyjeś zdjęcie w naszej bazie. Kiedyś publikacja wizerunku była trudniejsza. Polacy mogli zobaczyć czyjąś podobiznę w programie "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie" czy w gazecie. W tej chwili mamy ogromne zasięgi, kontakty i dzięki temu rozpowszechniamy wizerunek o wiele szybciej niż przed laty. No i oczywiście jest facebook. opublikujemy post, on jest udostępniany przez rzeszę ludzi i fala idzie. Dostajemy w ten sposób również informacje zwrotne. Mnóstwo osób przegląda naszą stronę i odzywa się potem w wiadomościach prywatnych. Staramy się weryfikować uzyskaną od nich wiedzę i przekazywać ją do sprawdzenia policji. Na tym nasza rola się kończy. Jakiś czas temu mieliśmy przypadek, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Otóż, w naszej bazie widniało zdjęcie młodego chłopaka, narkomana, który wyjechał za granicę i zerwał kontakt z rodziną. Nie było wiadomo nawet, do jakiego kraju się też: Te osoby zaginęły bez śladu. Widziałeś którąś z nich?Po dwóch latach od jego zniknięcia napisała do nas kobieta, która sfotografowała go przy stacji metra w Paryżu. Siedział tam sobie i zbierał pieniądze. Niesamowite!Autorka wiadomości od razu go poznała, bo był również charakterystyczny. A często problem polega na tym, że są takie osoby, które niczym się nie wyróżniają. Z nim było inaczej, tamta pani nie mogła się pomylić. Oczywiście od razu poinformowaliśmy policję oraz rodzinę. Ojciec zaginionego powiedział, że natychmiast jedzie, chociaż nie znał języka. Obiecał sobie jednak, że zrobi wszystko, by odnaleźć część tekstu pod jak to się skończyło?Niestety, nie udało się... Chłopak spędził przy tamtej stacji trochę czasu, a potem zmienił lokalizację, rozpłynął się w powietrzu. Zatem tego typu historie nie zawsze mają happy end, ale dzięki temu, że zdjęcia zaginionych krążą, przypominamy je i wyciągamy z archiwum Itaki, część spraw można jeszcze kobietę zaginioną na początku istnienia fundacji. Wyjechała do pracy do Włoch i ślad po niej zaginął. Policja prowadziła poszukiwania, ale ich wysiłki nie przyniosły 10 latach rodzina z przyczyn praktycznych uznała ją za zmarłą, choć poprosiła nas, by jej zdjęcie zostało w bazie. I niech sobie pani wyobrazi, że dekadę później dostaliśmy telefon od kobiety z Grecji, która pomagała bezdomnym... Powiedziała nam, że zna zaginioną, że jest ona w złym stanie i praktycznie nie ma z nią kontaktu. Rodzina udała się tam, ale pani nie chciała wrócić do domu. To był jej wybór, ale przynajmniej udało się przywrócić jej to było tak ważne?Bo ta kobieta funkcjonowała jako osoba NN. Gdy poznaliśmy prawdę, wreszcie można było jej pomóc, na tyle, na ile tej pomocy chciała. Prawdopodobieństwo, że po 20 latach coś się wyjaśni wydawałoby się niewielkie, ale jak widać, mamy takie przykłady. Podobnie było ze sprawami kryminalnymi dotyczącymi dwóch kobiet z Pomorza. Dekady zajęło ustalenie policji, że zostały zamordowane przez mężów. Jedna zaginęła, gdy jej córeczka miała zaledwie kilka miesięcy. Ojciec mówił dziewczynce, że mama ją porzuciła i wyjechała za granicę. Zgłosił zniknięcie żony na policji?Oczywiście. W drugim przypadku również tak było. Pan otrzymywał od nas pomoc psychologiczną, brał udział w grupach wsparcia, dzwonił i płakał, a potem okazało się, że zabił odkryli policjanci z Archiwum X, którzy wracają do starych, niewyjaśnionych spraw. Ale rzecz jasna, zakładano, że te kobiety nie żyją. Zawsze brane są pod uwagę różne wersje wydarzeń, w tym właśnie morderstwo. Ilu ludzi znika w Polsce?Co roku na policję zgłaszanych jest ok. 13 tys. zaginięć, ale większość osób wraca do domu, odnajduje się i sprawa się wyjaśnia. Natomiast trwale zaginionych, poszukiwanych od lat, jest około 4 tys. Zajmujemy się wieloma z tych spraw, również kilkunastoma dotyczącymi dzieci. Które teraz przychodzą pani na myśl?Na przykład 9-letniej dziewczynki, Sylwii Iszczyłowicz, która wyszła na spotkanie oazowe do kościoła i nie wróciła. To była bardzo głośna sprawa. Ania Jałowiczor zaginęła po zabawie karnawałowej w szkole. Iwona Wąsik (13-latka, która zaginęła w biały dzień na dużym osiedlu Przyjaźń w Tarnowskich Górach – red.). One wszystkie zniknęły w czasach, kiedy nie było Child Alertu, narzędzia, które jest uruchamiane, w momencie gdy ginie dziecko. W Polsce włączono je po raz pierwszy po porwaniu dziewczynki z ulicy. Odnalazła się cała i zdrowa. To był duży sukces policji, ale jak już mówiłam, wcześniej nie było takich rozwiązań, więc nie wiem, czy dowiemy się, co stało się z innymi lat temu w czasie ferii zimowych zaginęła pewna dziewięciolatka. Mieszkała na wsi i poszła do babci. Domy dzieliły trzy km. Jej mama była przekonana, że tam dotarła, babcia z kolei sądziła, że jest u siebie. Po jakimś czasie zrozumiały, że dziecka nie policję, która przeszukiwała teren z psami, ale bezskutecznie. W pewnym momencie podejrzenia padły na sąsiada. W sprawę zaangażował się również jasnowidz. Podejmowane wysiłki nie przynosiły jednak prawda wyszła w końcu na jaw?Po kilku latach okazało się że dziewczynka się utopiła, idąc do domu babci na skróty. W czasie suszy poziom wody się obniżył i znaleziono dziecięcy szkielet. Mówię o tym, bo pojawiały się różne wersje wydarzeń i rodzina żyła w niepewności. Prawda okazała się straszna, ale mogli w końcu pochować dziecko i zamknąć koszmarny rozdział. Tego chcą wszystkie rodziny zaginionych: poznać prawdę i iść dalej. Zobacz też: Najczęściej zakończenia są szczęśliweDziesiątki z nich mogą na was jedną z najstarszych i najbardziej rozpoznawalnych organizacji pozarządowych w Polsce. Policja informuje, że można się do nas zgłosić, ale wielu ludzi wybiera nasz numer, bo wie o naszym istnieniu. Odzywają się tuż po zaginięciu, choć z wieloma sprawami zostajemy na lata i ten kontakt trwa i z nim coś na kształt przyjaźni?Staramy się trzymać zdrowy dystans, choć na początku nie byliśmy pewnie tak profesjonalni, jak w tej chwili. Prawda jest też taka, że bliscy zaginionych zaprzyjaźniają się i spotykają we własnym gronie, więc stajemy się im mniej potrzebni. Ale zachowujemy pewne standardy, choć oczywiście chętnie rozmawiamy z rodzinami, wysłuchujemy ich, wspieramy. I chronicie, prawda?Sprawy sprzed lat żyją swoim życiem, zwłaszcza te najbardziej sensacyjne. Ludzie zaczynają się nimi na nowo interesować, roztrząsać je w mediach społecznościowych. Ale czy to jest dobre dla zaginionych i ich rodzin?Jedna ze stacji telewizyjnych nagłośniła kiedyś sprawę 21-latki, która szukała swojej mamy. Kobieta zaginęła, gdy miała kilka miesięcy. Wyszła wieczorem do koleżanki przeszyć coś na maszynie i nie wróciła. Córka chciała dowiedzieć się, co się stało i nawiązała współpracę z dziennikarzami. Co prawda powstał świetny reportaż, bo dziewczynie udało się znaleźć jakieś listy mamy w piwnicy, porozmawiać z jej znajomymi, a nawet zobaczyć film ze studniówki. Mnie nie spodobało się jednak to, że skonfrontowano ją na wizji z mężczyzną, który mógł być jej ojcem. Myślę, że to musiał być dla niej ogromny stres, więc miałam mieszane uczucia. Facebook jest pełen podobnych tradycyjne i społecznościowe bywają kluczowe w wyjaśnianiu spraw, ale zdarza się, że celem ich nagłośnienia jest zapewnienie komuś rozrywki, a nie realna grup poświęconych zaginięciom ujawniają intymne szczegóły z życia, piszą, że ktoś jest homoseksualistą albo na coś choruje. My o tym nie mówimy, bo mamy swoje zasady. Poza tym, czemu ma to służyć? Zaspokojeniu ciekawości...Dokładnie. Wspólnie z La Stradą zajmowaliśmy się sprawą nastoletniej dziewczyny, która zakochała się w starszym chłopaku i wyjechała z nim gdzieś za granicę. Jej zdjęcia obiegły sieć, La Strada nawiązała z nią kontakt przez Facebooka i wszystko wskazywało na to, że im zaufa. Później na portalu internetowym ukazał się wywiad z jej matką, która opisała całą historię i to ze szczegółami dotyczącymi problemów osobistych. Dziewczyna przeczytała wywiad i zerwała kontakt, bo poczuła się też: "Mamy trudny czas ze zwalczaniem handlu ludźmi w Polsce"Trudno się jej informacje zawsze zostają i to duży problem. A zdarza się, że zniknięcie jest tylko epizodem, nie wytrzymał napięcia, problemy go przerosły, a potem wrócił do domu, wyjaśnił, co się stało i zaczął od nowa. Oczywiście, usuwamy jego zdjęcie z bazy, ale ono nadal gdzieś krąży – bez naszej zgody i wiedzy. Nie zaprzeczę, że dzięki wsparciu mediów i internautów udaje się odnaleźć wiele osób. Jakiś czas temu zadzwoniła do nas sprzedawczyni z centrum handlowego na Pomorzu. Codziennie widziała tam żebrzącego człowieka, który po zebraniu kilku groszy kupował sobie ciastka. Przypominał jej mężczyznę zaginionego wiele lat wcześniej i choć progresja wiekowa nie była najlepsza, zgłosiła to nam. Przekazaliśmy informację bratu tego pana, a on od razu stwierdził, że to musiał być on. Dodam, że pochodził ze Śląska i miał problemy po urazie głowy w dzieciństwie. Bratu wystarczyła jednak informacja o ciastkach – mówił, że zaginiony uwielbiał słodycze. Przeczucie się sprawdziło. W tym przypadku publikacja wizerunku doprowadziła do szczęśliwego finału, natomiast czasami nie jest tak prosto. Dlaczego?W fundacji mamy zasadę, że nie oceniamy naszych zaginionych. Człowiek ma prawo decydować o sobie, może złożyć oświadczenie na policji, że nie chce kontaktu z rodziną. A bliskim bardzo trudno taki fakt zaakceptować. Na początku bliscy mówią oczywiście, że zależy im wyłącznie na tym, by wiedzieć że wszystko jest w porządku, ale to się zmienia w chwili, gdy ktoś ucina relację, odchodzi z własnej woli. Rodziny zaczynają na nas naciskać, pytają: "A gdzie złożył oświadczenie?", "Czy to na pewno był on?". Nie da się przetłumaczyć...Pamiętam człowieka, który zostawił żonę w dziewiątym miesiącu ciąży i ona była przekonana, że coś mu się stało. Bo przecież było im tak wspaniale, czekali na dziecko, a on wyszedł po papierosy i przepadł. Po jakimś czasie policja znalazła go, tyle że nie chciał mieć z żoną uwierzyła?Nie była w stanie. Mieliśmy też przypadek młodej kobiety, która popełniła mama zidentyfikowała ciało, ale niedługo później zaczęła mieć wątpliwości. W końcu doprowadziła do ekshumacji. Wykonano badania, które potwierdziły, że tak, to była jej córka. A ona nadal nie wierzyła. Chcę zaznaczyć, że nie oceniamy osób, które podjęły decyzję o niekontaktowaniu się, nie oceniamy również rodzin. Nawet kiedy idą do jasnowidzów, chociaż nie polecamy ich usług. Co ciekawe, wielu powołuje się na współpracę z nami. Za każdym razem mnie to bawi, ale jasno zaznaczę, że nie mamy nic wspólnego z jasnowidzami, wróżkami czy detektywami. Wydaje mi się, że to jest dodatkowy, niepotrzebny stres i można wyrządzić komuś że była pani świadkiem takiej sytuacji?Tak, przy zaginięciu pewnego chłopaka – studenta prawa, najzdolniejszego w rodzinie. Łatwo sobie wyobrazić, jaką tragedią było jego zaginięcie. Krewni poszli do jasnowidza, który powiedział im, że został... zamordowany. I to przez kogoś w to uwierzyła, zaczęło się wzajemne oskarżanie i szukanie motywu. Kilka miesięcy później chłopak został... zatrzymany przez policję podczas wyłudzania kredytu w banku. I tyle była warta wizja jasnowidza. Ale ludziom nie można zabronić korzystać z tego typu usług, nawet jeśli to kompletnie irracjonalne. Bo w pewnym momencie zostaje już tylko czekanie i każdy radzi sobie z bólem i niepewnością w inny sposób. Wyobrażam sobie, że w święta liczy się na jakiś Narodzenie zawsze jest trudne dla rodzin, choć zawsze jest nadzieja... Pamiętam historię jednego ze starszych zaginionych, bo zniknął jeszcze w latach 70. Właściwie nie było szans na odnalezienie go, ale po trzech dekadach napisał do nas pracownik domu opieki, że ten pan właśnie zmarł. Przykre było to, że nie mieliśmy komu przekazać tej informacji. Mama zaginionego nie żyła, jego siostra również. Mężczyzna był niepełnosprawny, nie potrafił powiedzieć, jak się nazywa, a znalazł się na drugim końcu Polski...Przykre...Bardzo. Rodziny żyją w zawieszeniu i chciałyby znać prawdę, nawet najgorszą. Zaginięcie jest dla bliskich wielkim problemem, w święta mówią nam, że święta straciły swoją magię, nie cieszą jak kiedyś. To przecież moment, kiedy myśli się jeszcze intensywniej, widząc puste miejsce przy stole. Pod tym linkiem znajdziecie więcej na temat pracy ITAKI oraz poszukiwanych przez nią i wydawczyni Onet KobietaData utworzenia: 20 grudnia 2021, 14:22Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie tutaj.
Mamy 6 252 nowe i potwierdzone przypadki zakażenia koronawirusem – poinformowało w niedzielę Ministerstwo przypadki zakażenia dotyczą województw: mazowieckiego (1002), śląskiego (853), małopolskiego (750), wielkopolskiego (584), dolnośląskiego (458), pomorskiego (411), zachodniopomorskiego (334), kujawsko-pomorskiego (327), łódzkiego (277), lubuskiego (260), opolskiego (218), podkarpackiego (197), świętokrzyskiego (168), warmińsko-mazurskiego (160), lubelskiego (127), podlaskiego (59). Jak dodano, 67 zakażeń to dane bez wskazania adresu, które zostaną uzupełnione przez inspekcję zdrowia poinformował również, że ostatniej doby z powodu COVID-19 zmarło 5 osób, natomiast z powodu współistnienia COVID-19 z innymi schorzeniami zmarło 11 zakażonych wzrosła dziś do 4 049 838, z czego 94 327 osób zmarło. Wyzdrowiały dotąd 3 563 434 niedzielnego raportu wynika ponadto, że z 31 761 łóżek przygotowanych dla pacjentów covidowych zajętych jest 20 838. Z kolei z 2 883 respiratorów w użyciu jest 2 kwarantannie przebywa obecnie 289 150 ofertyMateriały promocyjne partnera
Kolejne zaginięcie Polaka w Holandii. Michał Hałacz wyszedł z domu trzy tygodnie temu i do tej pory nie nocy 20/21-go listopada Michał ostatni raz był widziany na Westmarkt w Tilburgu, ostatni kontakt był z nim o 1:57 w nocy a ostatnia próba kontaktu o 2:29. Wg ustaleń policji sygnał był z pobliża domu ale jak wiadomo anteny telefoniczne mają w swoim zasiegu jakiś obszar. Wraz z grupą polonijnych detektorystów Eagles&Lions, którzy przybyli niemal natychmiast w celu udzielenia pomocy. Zostały przeszukane pobliskie stawy, kanał wodny oraz las. Aktualnie rodzina nie ma żadnych informacji na temat pobytu Michała oraz jego stanu zdrowia. Od kilku dni jest również prowadzona zbiórka pieniędzy, które zostaną przeznaczone na wynajęcie detektywa, który mógłby zająć się tą sprawą. Jeżeli ktokolwiek ma jakieś informacje na temat zaginięcia Michała. Bardzo prosimy o kontakt z naszą redakcją lub najbliższym posterunkiem policji.
Na naszej stronie używamy plików cookie, aby zapewnić Ci najbardziej odpowiednie wrażenia, zapamiętując Twoje preferencje i powtarzając wizyty. Klikając „Akceptuj wszystko”, wyrażasz zgodę na użycie WSZYSTKICH plików cookie. Możesz jednak odwiedzić „Ustawienia plików cookie”, aby wyrazić kontrolowaną zgodę. Polityka prywatności i polityka cookiesUstawienia CookiesAkceptuj wszystkie
Z roku na rok w Polsce znika coraz więcej ludzi w sile wieku. Uciekają przed konfliktami w rodzinie, niespłaconym kredytem lub doznają załamania nerwowego. 31-letnia Joanna Kałabun, ciemna blondynka ubrana w granatową kurtkę z paskiem, szarą czapkę, rękawiczki z błyszczącą ozdobą, czarne legginsy i buty trapery, około południa wyszła z mężem na spacer po parku. To ostatni raz, kiedy monitoring na osiedlu w Siedlcach zarejestrował małżeństwo razem. Była sobota, 13 grudnia 2014 r. Gdy wracali o godzinie 16, Joanna podobno postanowiła wstąpić do galerii handlowej, aby kupić upatrzone wcześniej buty. Rozstała się z mężem przed bramą osiedla i jak zeznaje małżonek, dalej już sama poszła w stronę sklepu. Bez dokumentów, bez telefonu, z gotówką w kieszeni. Pewne jest, że do galerii nie dotarła. Do dziś nie wróciła. Zniknęła. Nie ma świadków, nie ma jej na nagraniach monitoringu. Gdy piszemy ten tekst, o losach Joanny wciąż nic nie wiadomo. SKUTECZNOŚĆ 115 PROC. Policja prowadząca poszukiwania nie wyklucza żadnego scenariusza, zwłaszcza że tylko mąż może potwierdzić przebieg sobotnich wydarzeń. – Biorę pod uwagę dwie możliwości. Albo oddaliła się pod przymusem, padła ofiarą przestępczego aktu, albo doznała tak silnego załamania nerwowego, że nie wytrzymała emocji. Dlatego zniknęła – przypuszcza Sylwia Bujak, młodsza siostra zaginionej. Bez względu na scenariusz rodzina jest świadoma, że Joanna może się znajdować w złym stanie fizycznym i psychicznym i bardzo potrzebuje pomocy. – Zawsze prowadziła stabilny tryb życia. To typ domatora. Kocha męża, z którym jest od dziesięciu lat, lubi pracę w ogródku i krawieckie robótki – opowiada Sylwia Bujak. I zwierza się z własnych emocji. – W dzień nadzieja jest silna. Skupiam się na działaniu. Rodzina, przyjaciele, ale też obcy ludzie pomagają rozwieszać plakaty, przeczesywać teren, obszukiwać okoliczne piwnice i strychy. Sprawdzać wszystkie szpitale, przytułki. Ale każdej nocy umiera we mnie kawałek serca. Za pośrednictwem mediów rodzina apeluje do zaginionej: „Jeżeli usłyszysz/przeczytasz nasz apel, to proszę, daj tylko znać, że żyjesz. Każda, nawet najgorsza wiadomość jest lepsza od niepewności. Rodzina zrozumie, jeżeli odeszłaś z własnej woli, ale chce jedynie wiedzieć, że jesteś bezpieczna i zdrowa”. Bartosz Weremczuk, detektyw z Agencji Detektywistycznej Lampart koordynującej poszukiwania Joanny, zauważa, że coraz częściej w niewyjaśnionych okolicznościach giną młodzi dorośli. – Prowadzą zwykłe, stabilne życie. Mają rodziny, dzieci, na pozór wszystko jest w porządku. Ale niekiedy mają też niepłacony kredyt, problemy w małżeństwie, ukrywają jakieś rodzinne tajemnice albo stracili pracę – tłumaczy detektyw. Według policyjnych statystyk w zeszłym roku zgłoszono w Polsce prawie 21 tys. osób zaginionych. To jak dotąd niechlubny rekord. W 2013 r. było ich nieco ponad 19 tys., w 2012 r. prawie 2 tys. mniej. W latach wcześniejszych liczba zaginionych nie przekraczała 15 tys. Wtedy najczęściej ginęły osoby starsze, chore psychicznie, z nałogami oraz nieletni, którzy w okresie buntu chcieli pokazać swój sprzeciw, uciekając z domu. Obecnie wciąż największą grupę zaginionych stanowią nieletni (14-17 lat), ale w zeszłym roku odnotowano już ponad 4 tys. zaginięć osób w wieku 26-40 lat. Nikt nie prowadzi obliczeń, ile osób znajduje się żywych, a ile martwych. Wiadomo za to, że w zeszłym roku odnaleziono ponad 21 tys. osób lub zwłok. Skuteczność policji w poszukiwaniu osób zaginionych wyniosła 115 proc., czyli więcej spraw zostało zakończonych niż wszczętych, bo odnajdują się też osoby zaginione przed laty. Jak informuje policja, najczęstszą przyczyną zaginięć, oprócz ucieczek osób małoletnich, są nieporozumienia rodzinne, choroby psychiczne, samobójstwa oraz – coraz częściej – świadome zerwanie kontaktu ze środowiskiem. – Żyjemy w ciągłym biegu. Wiele osób nie wytrzymuje codziennego stresu. Dlatego postanawia zerwać z dotychczasowym życiem, zacząć wszystko od nowa, gdzie indziej. Odkąd jesteśmy w Unii Europejskiej, łatwiej jest rozpocząć życie w innym kraju. Dlatego rośnie odsetek osób zaginionych za granicą – wyjaśnia insp. Mariusz Sokołowski, rzecznik prasowy KGP w Warszawie. Komisarz Grzegorz Prusak, zarządzający Centrum Poszukiwań Osób Zaginionych Komendy Głównej Policji, przyznaje, że wiele zaginięć wynika z przyczyn społecznych. – Problemy rodzinne, niespłacony kredyt. To wszystko generuje chęć ucieczki od dotychczasowego życia – mówi. Przyznaje, że takie wydarzenia jak niedawna destabilizacja kursu franka szwajcarskiego są groźne. Mogą nieść za sobą falę samobójstw. No i zaginięć. BANKRUCTWO NA AUTOSTRADZIE Tomasz F., 42-latek z okolic Warszawy, postanowił rzucić wszystko i zniknąć. To znaczy wyjechać za granicę. Albo po prostu się powiesić. Dostał wiadomość, że wykonawca nie zapłaci za pracę przy budowie autostrady. Dla niego, podwykonawcy, właściciela średniej firmy budowlanej, oznaczało to bankructwo. A przecież zatrudniał ludzi, nie mógł puścić ich bez grosza. Co z rodziną, z dziećmi, które trzeba utrzymać? Do tego kredyt. Duży, bo w czasie prosperity firmy kupił dom w warszawskiej dzielnicy prominentów. Tomasz F. z dnia na dzień zniknął. Rodzina i policja poszukiwały go ponad dwa tygodnie. Podejrzewano, że utopił się w Wiśle. Ale gdy zobaczył swoje zdjęcie na przystankach, sam wrócił do domu. Pokiereszowany fizycznie i psychicznie. Twierdzi, że przeszedł załamanie nerwowe i tylko cud uratował go przed podjęciem nieodwracalnej decyzji. – Właśnie w tej grupie wiekowej obserwujemy duże ryzyko związane z zachorowaniem na depresję bądź inne zaburzenia psychiczne, również schizofrenię. Początkiem choroby mogą być sytuacje kryzysowe: rozstania, rozwody, kłopoty finansowe. Do tego dochodzi fala emigracji. Wiele osób wyjechało za granicę bez przygotowania. Bez znajomości języka, znajomości tamtejszego prawa i informacji o polskim konsulacie – tłumaczy Sylwia Kaczan, psycholog oraz szef zespołu poszukiwań i identyfikacji w Fundacji Itaka. Według wyliczeń Itaki ponad 35 proc. zaginionych za granicą to ludzie, którzy świadomie zerwali kontakt z rodziną i dotychczasowym życiem w Polsce. Zdaniem Justyny Bereśniewicz, prezeski Stowarzyszenia Bez Śladu wspierającego rodziny osób zaginionych, Polacy po okresie socjalizmu zachłysnęli się tym, że można mieć wszystko. – Wielu wzięło kredyt ponad swoje możliwości. Dziś grozi im utrata mieszkania. Wielu wyjechało za pracą za granicę. A na miejscu okazało się, że Zachód wcale nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą. PRZEKAŻCIE, ŻE ŻYJĘ Przekonał się o tym 38-letni Zbigniew K. Gdy rok temu stracił pracę, nie miał wyjścia. Zostawił żonę i córkę, za chlebem pojechał do Skandynawii. W końcu musiał spłacić kredyt, który małżeństwo zaciągnęło na małe mieszkanko w Łodzi. Przez pierwsze pół roku utrzymywał regularne kontakty z bliskimi. Opowiadał przez telefon, że wynajmuje pokój od szwedzkiej rodziny i wciąż szuka pracy. Pisał listy. Ale przestał pisać. I dzwonić. Żona zgłosiła zaginięcie. Sprawą zajęła się polska i szwedzka policja. Mężczyzny nie odnaleziono do dziś. Podejrzewa się, że został bezdomnym. I tylko żona z córką co kilka miesięcy jeżdżą i szukają Zbigniewa w przytułkach, na dworcach i w parkach Sztokholmu. Jak zapewniają, nie spoczną, póki się nie znajdzie. Żywy lub martwy. – Czasem wstyd, poczucie porażki jest silniejsze niż chęć powrotu do domu. Gdy towarzyszą temu depresja albo nałogi, łatwiej podjąć decyzję o zakończeniu jednego życia i rozpoczęciu drugiego – ocenia Bereśniewicz. I deklaruje, że nie ma jednolitego portretu psychologicznego tych, którzy decydują się zerwać kontakty. – Bez wątpienia są to osoby wrażliwe, niewylewne, którym trudno prosić o pomoc. Na pozór weseli, kontaktowi, zaradni. Ale w środku drzemie w nich samotność, nieporadność. Do schematu pasuje Andrzej S., 32-letni budowlaniec z Podlasia. Zawsze był wesoły i przedsiębiorczy. Nie zwierzał się nikomu z problemów, dlatego rodzina uważała, że po prostu ich nie ma. Wyjechał do Londynu, aby szybko spłacić długi, jakie zaciągnął u przyjaciół i lokalnych przedsiębiorców na rozkręcenie firmy, która po kilku miesiącach splajtowała. Na początku regularnie wysyłał przelewy, telefonował do rodziny. Ale potem przestał dzwonić i słać pieniądze. Trwało to kilka miesięcy. Rodzice poważnie zaniepokoili się dopiero wtedy, gdy syn nie zadzwonił na święta Bożego Narodzenia. Wówczas zgłosili zaginięcie. Po paru miesiącach poszukiwań Andrzej nawiązał kontakt z Fundacją Itaka. Był szczerze zdziwiony, że odnalazł swój portret w serwisie internetowym dla Polonusów. Przyznał, że w Anglii ułożył sobie życie na nowo i nie życzy sobie kontaktu z rodziną. Nie powiedział dlaczego. Rodzina też się nie domyśla. Na pytanie, czy chce coś powiedzieć najbliższym, odpowiedział lapidarnie: „Przekażcie tylko, że żyję”. Alicję B. z województwa pomorskiego matka odnalazła po kilku latach. Dziewczyna, wówczas 20-letnia, wyszła z domu na uczelnię i już nie wróciła. Wreszcie pracujący nad sprawą prywatny detektyw wpadł na trop zaginionej na południu Europy. Po zamieszczeniu ogłoszeń w języku włoskim i hiszpańskim do polskiego konsulatu odezwała się była pracodawczyni Alicji, twierdząc, że dziewczyna żyje, ma rodzinę. Pomogła policji odnaleźć zaginioną, ale ta również nie chciała kontaktu z rodziną. Kazała jedynie przeprosić matkę, że złamała jej serce. – Nierzadko się zdarza, że odnajdujemy zaginioną osobę, ale ona wcale nie chce być odnaleziona. Mówi, że świadomie zerwała kontakt ze swoim środowiskiem, zaczęła życie na nowo, a do starego nie chce wracać. Musimy to uszanować, a rodzinie przekazać dobrą i złą wiadomość. Dobrą, że bliski żyje. Złą, że nie chce mieć z nimi nic do czynienia – opowiada insp. Sokołowski. SMUTEK I PUSTKA Dla rodzin osób zaginionych najtrudniejsza jest niewiedza. – Zaginięcie jest gorsze niż informacja o śmierci – uważa Justyna Bereśniewicz z Bez Śladu. – Gdy ktoś bliski umiera, bez wątpienia jest to straszna tragedia, szok, żal i rozpacz. Ale przynajmniej rodzina wie, co się stało. Może zorganizować pogrzeb, pożegnać się, zamknąć pewien rozdział. Rodziny osób zaginionych żyją w wiecznym oczekiwaniu. Wiedzą, że nie wolno tracić nadziei, ale z tą nadzieją też bardzo trudno jest żyć. Miesiącami, czasem latami balansują na emocjonalnej huśtawce, gdzie nadzieja przeplata się ze zwątpieniem – tłumaczy. – Żyją w ciągłym napięciu. Czekają na jakiekolwiek wieści. Nie umieją uciec myślami od najczarniejszych scenariuszy. Zadają sobie pytania: a jeśli jest gdzieś bity, gnębiony, głodzony? Jeśli potrzebuje pomocy, jeśli cierpi? – wylicza Sylwia Kaczan z Itaki. Opisuje uczucia rodzin po zaginięciu bliskiej osoby. Pierwszy etap to zwykle niedowierzanie. Wiele znaków zapytania i potrzeba działania. Wówczas rodziny rozwieszają plakaty, szukają w każdym możliwym miejscu, aktywnie współpracują z policją. Jeśli są jakieś sygnały, informacje o zaginionym, motywacja do działania wzrasta. Spada, gdy po wielu dniach, tygodniach po zaginionym nie ma żadnego śladu. Wtedy pojawia się bezradność, beznadzieja. Szukanie winy w sobie. Powraca fundamentalne pytanie: dlaczego? Potem przychodzi złość: na siebie, na służby mundurowe, w końcu na samego zaginionego. Następuje wzajemne obarczanie się winą. Bo gdy jest winny, łatwiej jest zrozumieć stratę. Po tygodniach, miesiącach oczekiwań życie pozornie wraca do normy. Rodziny wracają do pracy, starają się żyć po staremu. Ale smutek, tęsknota i pustka nie pozwalają zapomnieć. To się nie zmieni, póki nie odnajdą bliskiego. Żywego lub martwego. Dlatego policja apeluje, aby ze zgłoszeniem zaginięcia osoby bliskiej nie czekać. Od razu dzwonić po pomoc. – Nieprawdziwe jest przekonanie, że policja przyjmuje zgłoszenia o zaginięciu po 24 czy 48 godzinach. Takie zgłoszenia zawsze traktujemy priorytetowo i natychmiast przystępujemy do poszukiwań. Pierwsze godziny są bardzo ważne, zwłaszcza jeśli istnieje uzasadnione podejrzenie zagrożenia dla życia lub zdrowia osoby zaginionej – wyjaśnia komisarz Prusak. Centrum Poszukiwań Osób Zaginionych, któremu szefuje, powstało przy KGP rok temu. Ma służyć wsparciem eksperckim i analitycznym w poszukiwaniu osób na terenie całej Polski. Dysponuje zespołem fachowców oraz najnowszym sprzętem poszukiwawczym, jak bezzałogowy dron wielowirnikowiec czy nowoczesne mobilne centrum wsparcia poszukiwań. Chodzi o to, by usprawnić i przyspieszyć procedury poszukiwawcze. SAMODZIELNY BRAT Paulina Kotulska i cała jej rodzina dziś żałuje, że zaginięcia Piotra Kotulskiego z Chmielowa nie zgłosili od razu. Czyli trzy lata temu, kiedy urwał się kontakt z 26-latkiem mieszkającym w Luton. – Nagle przestał się odzywać, choć wcześniej dzwonił do nas kilka razy w tygodniu. Jego telefon też nie odpowiadał, podobnie jak znajomi z Polski, z którymi mieszkał i pracował w Anglii – tłumaczy siostra zaginionego. Jak zeznaje, była zła na brata, że nie pamięta o rodzinie. – Na początku myśleliśmy, że nie dzwoni, bo oszczędza. Potem – że ułożył sobie życie na emigracji, a my nie jesteśmy mu już potrzebni. W międzyczasie urodziła mi się córka, najstarszemu bratu dwójka dzieci. Piotra nie było z nami. Myślałam, że o nas zapomniał – przyznaje z żalem. Zwłaszcza że chłopak na emigracji spędził większość dorosłego życia. Najpierw pracował w Hiszpanii, wrócił na chwilę i znów wyjechał. Choć ma podstawowe wykształcenie budowlane, liznął języka hiszpańskiego, znał angielski. – Z natury jest zamknięty, skryty. I zawsze samodzielny. Nigdy nie prosił o pomoc, ze wszystkim chciał się mierzyć sam – opowiada Paulina. Miesiąc temu nastąpił przełom. Kotulska odebrała pierwszy sygnał o perypetiach brata. – Napisała koleżanka, że Piotra jakiś czas temu wyrzucili z pracy w piekarni, która dostarczała pieczywo do supermarketów. Wtedy wyprowadził się z mieszkania, które razem wynajmowali – tłumaczy Paulina. Potem były kolejne telefony, kolejne e-maile. – Ludzie pisali, że widują go na ulicy. Że chyba jest bezdomny, bo czasem sypia na ławce w parku. Sprawia wrażenie obłąkanego, nie poznaje znajomych, ucieka, kiedy ktoś oferuje mu pomoc. Dokładnie miesiąc temu zgłosiła informację o zaginięciu na policję. Wszczęto postępowanie. Trop Piotra prowadzi do szpitala. Jakiego? Tego policja jeszcze nie wie. – Dziś mi wstyd, że winiłam brata za zerwanie kontaktu, podczas gdy to on potrzebował naszej pomocy – przyznaje Paulina. A z drugiej strony nie umie opisać radości: – Znowu mamy nadzieję, że Piotr będzie z nami. Pomożemy mu, odbudujemy relacje. Wreszcie zrozumiałam, że rodziny, nawet gdy jest daleko, za granicą, zawsze warto szukać. Bo człowiek przecież nie jest igłą w stogu siana. KTOKOLWIEK WIDZIAŁ LUB MA JAKIEKOLWIEK INFOR- MACJE O ZAGINIONYCH, PROSZONY JEST O KONTAKT Z POLICJĄ LUB FUNDACJĄ ITAKA. IMIONA I INICJAŁY NIEKTÓRYCH BOHATERÓW ZOSTAŁY ZMIENIONE. (Artykuł opublikowany w 4/2015 nr tygodnika Wprost) Więcej ciekawych artykułów przeczytasz w najnowszym wydaniu "Wprost", który jest dostępny w formie e-wydania na i w kioskach oraz salonach prasowych na terenie całego kraju. "Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania. Tygodnik "Wprost" można zakupić także za pośrednictwem E-kiosku Oraz na AppleStore i GooglePlay
fala zaginięć w polsce