Chce mi sie sikać.! Co mam zrobić? 2011-08-17 23:40:55; Chciało ci się tak bardzo sikać że krzyżowałeś nogi w miejscu publicznym? 2018-04-10 00:15:43; Oddaliście kiedyś wcześniej sprawdzian,bo tak chciało się wam sikać? 2014-02-26 13:21:04; Jak chciało Ci się sikać podczas kąpieli w rzece/jeziorze/morzu to sikałeś w wodzie Myślę o samobójstwie. Zostawił mnie chłopak, z którym mieszkałam 4 lata. Myślałam, że to wielka miłość. Ale odszedł do innej pół roku temu. Nie mogę się pozbierać - często myślę, że może lepiej odejść i przestać cierpieć. Nie mam Magdalenk. odpowiedział (a) 31.12.2018 o 01:50: Nie prawda wtedy jeszcze bardziej się rozbudzisz🤗. Zobacz 18 odpowiedzi na pytanie: Co mam zrobić aby chciało mi się spać ? Jeeezu jak mi się nie chce pisać kolejnego wpisu na bloga, jak mi się nie chce znów dzwonić do klienta, prowadzić te wszystkie rozmowy, pytać, słuchać, tworzyć kolejnego maila do listy adresowej, kolejny raz prezentować tą samą ofertę, którą już znam na pamięć. A jak bardzo mi się nie chce klikać to już w ogóle nie wspomnę. nie chce mi sie tlumaczyc kolegom w grecji, kiedy pani x popsula sie zmywarka do naczyn i dlaczego firma y zawalila naprawe serwisowa i dlaczego firma y powinna pani x to zadoscuczynic. nie chce mi sie. Absurdalne? Być może. Ale nie dla osoby, która tak rozumuje. Najczęściej nie jest to całkiem świadome myślenie. Rzecz "dzieje się sama". Po prostu nasze zaangażowanie wyzwalają właśnie ci, którzy nas nie chcą. Wydają się nam tym wspanialsi, im bardziej są niedostępni. . Dom 13 listopada 2017 W listopadzie najbardziej na świecie lubię siedzieć z książką pod kocem. A jest jeszcze milej, gdy nagle w pokoju pojawia się promyk słońca – o tej porze roku to taka rzadkość! Mój spragniony wzrok podąża więc za tą świetlną wiązką i natrafia na coś, czego widzieć jednak nie chciałam. Wrrr… A mianowicie, gdy słońce zaświeci w szyby, zauważam, że są brudne. Nie jest to bardzo odkrywcze, bo w domu nie mam firanek i chcąc nie chcąc, nie da się tego spostrzeżenia uniknąć. Potem szybko – za każdym razem od nowa – liczę w myślach, ile mam okien. Wychodzi 15 sztuk i nigdy nie chce być inaczej. I myślę sobie, jak Kubuś Puchatek: „Boże spraw, żeby mi się chciało, tak bardzo jak mi się nie chce”. Dopada mnie więc kolejna refleksja, że przydałby mi się ktoś do pomocy w ogarnięciu tych okien. A najlepiej ktoś taki, powiedzmy sobie wprost — kto zrobi to po prostu za mnie. Jednocześnie — jak obuchem w głowę – pojawia się świadomość, że pracuję w oświacie, a nie w sektorze IT czy finansów i nierozważne byłoby przepuszczać moje zarobki na coś, co potrafię zrobić sama. Na szczęście przypomina mi się, że od pewnego czasu jestem posiadaczką fajnego urządzenia — ściągaczki, która bardzo ułatwia harówkę z brudnymi szybami. Ta myśl jest całkiem pocieszająca. Już nawet prawie się zrywam, by chwycić za szmatę, ale uświadamiam sobie, że mam tych okien jednak dosyć dużo i tak od razu problemu się nie pozbędę, mimo użycia wyspecjalizowanego sprzętu. Więc może nie ma co tak od razu się zrywać? Czy nie lepiej na spokojnie dokończyć rozdział, a najlepiej książkę i do tematu wrócić w następny weekend? To brzmi prosto, ale istnieje ryzyko, że za tydzień o tej porze będę robić to, co dziś — czyli leżeć z książką pod kocykiem i odwlekać wykonanie tego zadania. Jest też opcja, że będzie pochmurno i brudne szyby nie będą rzucały się w oczy i postanowienie zostanie znowu przesunięte w czasie. Tyle że za długo nie da się tego odwlekać, bo jeszcze miesiąc i będą święta. A wtedy nawet taki ktoś jak ja, nie akceptuje brudu w domu. Tak więc wniosek jest jeden – są w życiu czynności, których można nie lubić, ale i tak trzeba je wykonać. Może nie ma ich co tak demonizować, tylko wziąć się za robotę! Nie chce ci się? Znam to, mi też nie! Ale się zmuszam. I nie liczę na to, że przyjdzie lepszy moment i mi się zmieni motywacja. Wychodzę z założenia, że lepiej zrobić dziś i mieć potem święty spokój. I czyste sumienie. I niczym niezmącony widok przez okno ;) Fajny artykuł? Możesz nas pochwalić lub podzielić się nim z innymi :) Czytaj kolejny artykuł: My, feministki Nie mam łatwego charakteru. Nigdy nie twierdziłam, że mam. Potrafię upierać się, bronić swoich racji, walczyć jak lwica, jak mi na czymś zależy. I uważam, że to zaleta, a nie wada. Nie wiem tylko, czy mój mąż zgadza się z tym zdaniem, bo jemu też nie ustępuję. Za tradycyjnym podziałem obowiązków domowych też nie jestem. Co nie znaczy, że nie tykam się garów i ściery. Tykam, owszem. Ale odkurzacza już niekoniecznie. Nie raz i nie dwa usłyszałam, że mam feministyczne poglądy. To akurat nie jest prawda, do prawdziwej feministki mi daleko, chociaż… te prawdziwe feministki sto lat temu walczyły o prawa wyborcze dla kobiet i powszechny dostęp do nauki. Więc fakt, jestem feministką. Uważam, że kobieta powinna być wykształcona, oczytana, obyta w świecie, świadoma swoich praw. W moim domu rządziły kobiety, mama tatą, babcia dziadkiem… Druga babcia była dwukrotną wdową, królowała samodzielnie i niepodzielnie. W domu mojego męża obowiązywał patriarchat. Ostatnie zdanie należało do ojca, mojego teścia. Może dlatego ciężko mi było się z nim dogadać? W naszym domu… Nooo trenujemy trudną sztukę kompromisu, z różnym skutkiem. A Duśka patrzy, słucha i wyciąga wnioski… Czytałyśmy niedawno „Calineczkę” Andersena. Córkę mam dociekliwą, jak czegoś nie wie, to drąży do upadłego. I bardzo dobrze. Ma to po matce. Bo życie trzeba rozumieć, „tak, bo tak”, to nie jest argument. – Mamusiu, ale dlaczego Calineczka musiała się pożegnać ze słonkiem i kwiatkami? – Bo miała wyjść za kreta i mieszkać pod ziemią. – No to co? Nie mogła sobie wyjść na dwór, jakby chciała? – No nie, kret nie lubił słonka i kwiatów, nie wychodził z tuneli i jej też by nie pozwolił. – No weź, jakby mógł jej zabronić? – Jako mąż mógłby. – Ale jak to? – Kiedyś tak było, że żony słuchały się mężów, a to przecież jest stara bajka. – Mamusiu, ale to jest ABSOSMERFNIE nielogiczne, przecież to mężowie muszą słuchać się żon! Mimo wszystko nie zamierzam wyprowadzać jej z błędu. Diabli wiedzą, na jakich mężczyzn będzie w życiu trafiała. Fajny artykuł? Możesz nas pochwalić lub podzielić się nim z innymi :) Czytaj kolejny artykuł: O tym, że dobro powraca, szczególnie wtedy, gdy się tego nie spodziewamy Wiecie, nie lubiłam niespodzianek, bo czasem stawiają obdarowanego w niezręcznej sytuacji i zmuszają do rewanżu. Bo przecież jak ktoś coś dla mnie, to ja dla niego też powinnam, prawda? No właśnie, że nieprawda! Aż sama jestem zdziwiona tym co piszę, ale kilka zdarzeń, właśnie “niespodziewanych niespodzianek”, dało mi zupełnie inny ogląd na sprawę i znów wróciły do mnie niedawnym wspomnieniem. Kilka “szmat” od H. Chyba z rok temu, zaprzyjaźniona wirtualnie od ponad 6 lat koleżanka z pracy i nie tylko, zapytała mnie, czy nie chcę kilku “szmatek” dla ciężarnych, żebym po porodzie mogła bez żalu wywalić, bez tracenia pieniędzy. Oczywiście, że chciałam, bo ja nie należę do rozrzutnych, więc zgodziłam się z zadowoleniem. Po drodze zapytała jeszcze o jedną i drugą inną rzecz czy mi się nie przyda i obiecała wysłać paczkę. Ależ mnie czekało szokujące odkrycie, bo do tej paczki “szmacianej” wepchnęła taką ilość akcesoriów dla mnie i małego, że mnie zatkało. No jak to?! Te wszystkie rzeczy to niemały majątek, więc kopara mi opadła i rzuciłam się do telefonu, by zwrócić co najmniej za kuriera i zapłacić choć za ułamek z tych rzeczy. Nic z tego, tematu nie było, na zdrowie dla mnie, niech służy. Kuźwa, chyba połowa wyprawki! Przeżywałam to bity tydzień, że jak to tak, ona wyjdzie stratna, a mi będzie głupio na wieki wieków. Ale niech służy! Prezent na zaś Trzy dni od tej niespodzianki, dostałam wyładowaną po brzegi paczkę z kosmetykami pewnej marki dla niemowląt i dzieci. Usiadłam, odpakowałam i nie wierzyłam, przynajmniej półroczny zapas kosmetyków dla małego i dla mnie też. Siedziałam i śmiałam się do siebie, pomyślałam – trzeba stawiać darczyńcy łiskacza, bo jak to tak, za darmo?!? Ano, za darmo, prezent, po prostu. Przesyłka od S Kiedy indziej znalazłam w skrzynce awizo, w sobotę stawiłam się grzecznie w kolejce na poczcie. Po kwadransie oczekiwania w zmodernizowanej i sprzyjającej klientom (dobry żarcik) placówce, wręczyłam pani karteczkę. W zamian wyciągnęłam ręce po zapakowaną w biały papier paczkę i zaczęłam się śmiać. Na chwilę wszystkie klepki mi się pomieszały, bo nie mogłam zrozumieć tego fenomenu. Do domu leciałam jak na skrzydłach, co i rusz spoglądając na paczkę. Niczego się nie spodziewałam, o nic nikogo nie prosiłam, to co tym razem? Bomba, wąglik? Może lepiej rozpakować na dworze, albo niech mąż rozpakuje, zawsze matki bardziej szkoda dzieciom odbierać. Dotarłam do domu, rozszarpałam opakowanie, a tam piękne suweniry dla moich chłopaków. Złapałam za telefon, podziękowałam. Poczułam się wyróżniona przez los, że mam wokół siebie osoby, które ciepło o mnie myślą i zwyczajnie podarowały coś od siebie. Później miłym gestem sprawiła mi niespodziankę jeszcze A i M, a ja nadal nie mogłam tego pojąć, czym zasłużyłam na to. A może ja wyglądam tak biednie i niezaradnie życiowo? Oby nie! Przecież nie jestem kimś wyjątkowym, mam swoje wady, bywam mało lubiana, bo mówię co myślę. Zapytałam mojej mamy, czy ona coś z tego rozumie, bo ja nic. Powiedziała mi tylko tyle – nic dziwnego, ty myślisz o innych, doceń, że ktoś myśli też o tobie. Dobro powróciło z nawiązką, dziękuję i posyłam je dalej :) Fajny artykuł? Możesz nas pochwalić lub podzielić się nim z innymi :) Opublikowane o 10:26h w kategorii Dorośli Chyba każdy z nas ma za sobą doświadczenie, kiedy nic się nie chce, a tyle jest do za kilka dni, termin oddania pracy zbliża się nieubłaganie, a my mamy największą ochotę na leżenie w łóżku, patrzenie w sufit lub ewentualnie oglądanie seriali i scrollowanie Facebooka. Niechęć do zabrania się do pracy jest tak duża, że wydaje się być obezwładniająca. Myślimy: „ok, miałem dziś przygotować plan prezentacji…ale tak mi się nie chce. Może zrobię to jutro? Tak! Jutro na pewno będę mieć więcej energii…” Po czym przychodzi kolejna myśl: „hmm, ale na jutro mam inne plany…czy zdąże ze wszystkim?” – pojawia się lęk!Z czego wynika niechęć do działania?Można tłumaczyć ją na wiele sposobów. Najczęściej mówimy o braku motywacji, źle zdefiniowanym, niekonkretnym celu, niskim poziomie dyscypliny czy po prostu skłonnościach biologicznych – mówiąc „taki już jestem” czy „zawsze tak miałem”. Ale czy rzeczywiście chodzi tylko o to? Często okazuje się, że nie mamy wystarczająco dobrych powodów, by przerwać stan, w którym tkwimy. Nie czujemy się aż tak źle w swoim ciele, by zacząć ćwiczyć, nie czujemy skutków spożywania zbyt dużej ilości cukru, by zacząć zwracać uwagę na to, co jemy, nie potrafimy określić czasu jakiego potrzebujemy do nauki, więc wydaje nam się, że jedna zarwana noc wystarczy, by przyswoić materiał. Dodatkowo, kiedy wpadamy w wir prozaicznych, łatwych i przyjemnych aktywności, którym poddajemy się na co dzień bardzo trudno jest wymagać od siebie zrobienia czegoś większego i mniej się wciągnąć w pewną wyliczankę przez nasz umysł. Brzmi ona: „zacząć-nie zacząć”/„chcę-nie chcę”. Wciągamy swoje myśli w grę, a nasz mózg najczęściej wybierze krótszą drogę i chwilowe szczęście. Kiedy to zauważymy, przerwiemy i po prostu zaczniemy, często okazuje się, że samo wykonanie zadania było mniej męczące niż myślenie o po głębszym zastanowieniu może się także okazać, że zadanie, jakiemu przyszło nam sprostać, zostało nam przez kogoś narzucone i po prostu nam nie zależy. Cel, do którego prowadzi nie jest spójny z naszą wizją o sobie, życiu, przyszłości czy wartościami, więc to staje się przeszkodą to pokonania oporu. Kolejnym utrudnieniem w rozpoczęciu działania jest ocenianie siebie. Myślimy: „i tak mi się nie uda, nie zrobię tego wystarczająco dobrze, i tak mam już za mało czasu”. To przekonania o nas samych przemawiają przez nas. A co gdybyś po prostu zaczął? Bez oceniania jak to robisz, bez planu minimum, jaki należy wykonać tego dnia, bez myślenia o rezultatach. Co zrobić, by pokonać lenistwo?Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Pomocne może okazać się wsłuchanie się w siebie i wzięcie odpowiedzialności za swoje wybory. Bierność prowadzi do pogoroszenia samopoczucia, co z kolei wpływa na poczucie zrezygnowania i bezradności. Koło się zapętla. Stajemy się bierni, poddajemy się wpływowi losu na to co z nami będzie, zamiast samemu zdecydować jak chcemy, by że weźmiemy udział w konkursie – dziś mija termin zgłoszeń, ale nie możemy się zebrać, jakaś wewnętrzna siła tak bardzo nas powstrzymuje. Co z tym zrobić? Spróbujmy się zaciekawić. Może pisanie nie jest dla nas fascynujące, ale kiedy myślimy o wyborze grafik jest nam nieco przyjemniej, bo np. lubimy fotografię. Posłuchajmy siebie i idźmy za tym tropem. Kiedy zrobimy to, co chcemy, zyskujemy energię na dalsze działania. Spróbujmy wyodrębnić aspekty, które nas męczą oraz które dodają nam energii i mieszajmy je ze sobą. Na początku może nam się wydać to nie intuicyjne, ale z czasem, kiedy przekonamy się, że na całość zadania składają się różne elementy i zauważymy, a następnie zaakceptujemy, że niektóre z nich lubimy bardziej, a inne mniej – przekonanie siebie do działania powinno być mniej wymagające. Żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce… Znacie to uczucie? Ogólna niechęć do robienia czegokolwiek, czasem mylona z lenistwem… Zagościła u mnie na dobre. Walczę z nią ale czuję, że ciągle przegrywam, na szczęście to tylko przegrane bitwy. Wszystko zaczęło układać się jakoś nie tak, kilka złych wiadomości, nieplanowana przeprowadzka, kilka porażek, niby nic wielkiego, takie codzienne złe wiadomości, które w konsekwencji doprowadziły mnie do miejsca w którym jestem, czyli motywacyjnego dna. Wiem, że każdy miewa gorsze i słabsze dni, czasem chce nam się bardziej, czasem mniej ale u mnie to już trwało zbyt długo, dobre kilka miesięcy, dlatego powiedziałam stop! Codzienna walka To nie tak, że leżę cały dzień w łóżku i nic nie robię, mam bardzo rozwinięte poczucie obowiązku, które mi na to nie pozwala. Dlatego dom ogarnięty, obowiązki w pracy wypełnione i na tym koniec. Przecież wcześniej czas spędzany obecnie przed telewizorem spędzałam na siłowni, na czytaniu świetnych książek, czy pisaniu. Teraz nadrabiam zaległości serialowe i filmowe, a raczej powinnam napisać nadrabiałam, ponieważ zaczynam kolejną bitwę, mam nadzieję, że ostatnią. Próbowałam już chyba wszystkiego co do tej pory działało. Odpuszczałam na kilka dni i spędzałam czas na błogim nic nie robieniu, zwykle po kilku dniach wszystko wracało do normy i pełna nowej dawki energii szalałam! Tym razem nic! Skoro to nie działa to może weekendowy wyjazd na podładowanie akumulatorów? Nawet trzy wyjazdy nie pomogły… Nie wspomnę już o motywacyjnych książkach, podcastach i tabelkach. Skoro wszystkie bitwy przegrałam, czas wytoczyć najcięższe działa. Martina Zawadzka Life & Business Coach Coaching zawsze kojarzył mi się z usługą luksusową, skierowaną do dyrektorów i innych wysoko postawionych notabli. Zresztą jakoś specjalnie nigdy się tym nie interesowałam i nawet nie wiedziałam na czym tak dokładnie polega i przede wszystkim co ma na celu. Gdzieś w otchłaniach internetu natknęłam się na dobrze mi znaną Martinę, którą podziwiam od dawna i okazało się, że Martina została coachem i pokaże mi doskonałą broń do walki z moim utrapieniem. Dlaczego zaufałam właśnie Martinie? Ponieważ od dawna śledzę Jej bloga ponieważ mi imponuje i jak sama mówi Jej życie jest Jej najlepszą wizytówką i ja się z tym zgadzam. Gdybym tylko znalazła w sobie trochę więcej odwagi sama zdecydowałabym się na roczną podróż dookoła świata. A Jej grudzień na Bali, o którym gościnnie opowiadała u mnie na blogu, trafił na moją listę ‘to do’, nie tych najpilniejszych ale jest 🙂 W słuszności mojej decyzji upewniły mnie odwiedziny na stronie i umówiłam się na sesję! Zdecydowałam się na sesję przez telefon, nie patrząc komuś w oczy czuję się bardziej swobodnie, dlatego ten rodzaj kontaktu jest dla mnie idealny. Moje wrażenia po 3 sesjach Na wstępie dodam, że to nie koniec! Co prawda Martina tak prowadzi rozmowę, że natychmiast uświadamiasz sobie jakie są twoje cele, z czym masz problem i jak go rozwiązać, jednak realizacja nie przebiega już tak gładko. Pojawiają się problemy, które wymagają przepracowania, tak przynajmniej było u mnie. Po pierwszej sesji, a właściwie drugiej, ponieważ pierwsza sesja u Martiny jest sesją organizacyjną, miałam już wszystko pięknie poukładane w głowie, pełna mobilizacja i działanie! I tu pojawił się problem, nie wszystko poszło po mojej myśli. Moim demotywatorem okazał się brak organizacji czasu. Oczywiście mam zorganizowany dzień, chodząc do pracy, automatycznie tą organizację mam narzuconą, tu chodzi o przemyślaną organizację. Opracowałam konkretne cele na każdy dzień i to realne cele, a nie takie idealne = niemożliwe do spełnienia. Każdego dnia cieszę się, że zrobiłam coś co sobie zaplanowałam i to napędza mnie do dalszego działania. Powiecie, że żadna nowość i Ameryki nie odkryłam. Ja swoją właśnie odkryłam 😉 Odkryłam swoje cele (zupełnie nowe :)) i sposób na ich realizację, już wiem co mnie zmotywuje do dalszej pracy! Po drugie w moim przypadku więcej znaczy lepiej. Ja po prostu nie mogę mieć czasu. Napięty grafik mnie motywuje! Jeśli mam zbyt mało zajęć robię jeszcze mniej. Jeśli zaplanuję sobie 2 zadania na dany dzień, zrobię jedno, ale jeśli zaplanuję sobie 10 to zrobię 8, jakoś jeszcze nie osiągnęłam idealnych 100% ale wszystko przede mną! Moja broń w walce o lepszą mnie to uświadomienie sobie jakie mam w życiu cele, te które mnie naprawdę uszczęśliwią i które są takie naprawdę moje. Czy już zdefiniowałam wszystkie? Oczywiście, że nie i ciągle nad tym pracuję! Jeśli czujecie, że Wasze życie stanęło w miejscu, macie problem z osiągnięciem swoich celów albo z ich zdefiniowaniem, polecam kontakt z Martiną @ Nie wiem od czego zacząć ale postanowiłam założyć tutaj konto, bo już nie daje sobie rady. Przejrzałam forum i pocieszył mnie trochę fakt, że są jeszcze ludzie którzy rozumieją... Do sedna - czuje się po prostu gorzej niż gówno. Bezużyteczna, nieprzydatna do niczego, dla nikogo. Ktoś może pomyśleć no idiotka... kończy studia, ma męża, ma rodzine, jest zdrowa... Otóż nie do końca. Jestem kłębkiem nerwów, denerwuje się przy każdej okazji (tak samo jak mój ojciec alkoholik z zaburzeniami psychicznymi bliżej nie zidentyfikowanymi - bo sobie nie pozwolił). I to jest najgorsze - matka, która całe życie wmawia mi, że jestem jak ojciec - uparta, a dalej ją cytując "jebnięta, popierdolona, kretynka, nieudacznik", a poza tym jestem "od sprzątania, jak dupa od srania" jak to pięknie mi podziękowała podczas naszej kłótni, gdy kolejny dzień ja sprzątałam po wszystkich a ona siedziała w swoim pokoju i jedyne co robiła to obgadywala mnie do swoich koleżanek czy rodziny i jak zawsze użalała się nad sobą. Niestety muszę z nią mieszkać, bo nie mam gdzie - nie mam też pracy od marca tego roku, mąż zarabia także nie zbyt wiele. U teściów mieszkaliśmy krótko, gdy musieliśmy opuścić wynajmowane mieszkanie (właściciel chciał je wyremontować). Mąż raczej nie wytrzymałby długo z rodzicami, a poza tym niestety najlepiej mieszka się samemu. Kiedyś miałam dobre relacje z matką - dziś nie chce mi się nawet na nią patrzeć, a co dopiero gadać. Poczułam do niej obrzydzenie kiedy udawała bezradną. Kiedy nie miałam już siły (ona pewnie też) ale ja chcialam pozbyć się ojca z domu (i to dawno) lecz ona mnie nie słuchała, bała się go. Mój ojciec pije od ok 15 lat z przerwami i jest z nim coraz gorzej. Teraz siedzi w swojej oborze jak to mówię a tak na serio wybudował dom, którego za grosz nie szanuje...tyle lat pracy, wyjazdów za granicę a on wszystko przepił i przepija dalej. Jedynie co tam ma to meble kuchenne i kanapę - od pół roku nic nie kupił bo ma inne priorytety. W domu wszystko brudzi, nie sprząta, rozwala kabine prysznicowa gorzej nic dziecko. A co jest najlepsze to, że mówi że czuje się jak na wygnaniu, że każdy ma go gdzieś. Ale prawda jest taka że karma wraca... Probowalismy mu pomóc już chyba z tysięczny raz ale nic. Wysyłaliśmy go do lekarzy, chcielismy mu załatwić terapię zamknięta... To wszystko na nic. Nawet teściom obiecuje, że nie będzie pil że to i tamto byle by ktoś go odwiedził... I faktycznie jeździmy tam jak idioci, jeszcze ostatnio posprzątaliśmy i daliśmy mu obiad, to co później zrobił? Za tydzień mieliśmy przyjechać ale uprzedził nas, że coś jest nie tak z ogrzewaniem i że muszą mu naprawić. Po czym pierwsi przyjechali teściowie, a on w progu ich wywalił, bo że on się źle czuje dziś, że to bez sensu i że sorry ale jedzcie do domu z powrotem... Na nasz ślub też nie przyszedł, bo się " źle czuł ". A na drugi dzień nam wydzwaniał, że nie wie co się z nim dzieje i że on się powiesi, a jak chcemy ratować chociaż psa to mamy przyjechać i to już! Powiedzcie mi czy wy byście nie zwariowali? Ja już na prawdę nie mam siły. Żałuję, że po szkole nie wyjechaliśmy gdzieś za granicę na zawsze i się nie odcięliśmy... Rówieśnicy nasi mają teraz żony, mężów, dzieci, w miarę stabilne pracę, mieszkania, domy... A my? No cóż... Wracając do wczesniejszego wątku - ojciec przez te całe lata wyjeżdżał do pracy za granice i jak zjeżdżał to już był koniec naszej wolności. Ale matka chyba to lubiła - ja bym nazwała to syndromem sztokholmskim. Ja znowu nie cierpiałam tego, bo gdy przyjeżdżał przynosil słodycze, było fajne ze dwa dni a potem darcie się o wszystko, bo nic mu się nie podoba, bo nie chodzimy w zegarku tak jak on chce, bo się źle powiedziało coś, bo w ogóle on ma zły dzień. Później obraza na pół roku, było raz nawet na dwa lata... (Przeze mnie, jak to on twierdził ale to on sam przestał do mnie gadać i się interesować). No a w międzyczasie hulaj dusza piekla nie ma - tatuś setka za setką, na kolację tabletki nasenne czy inne apapy i schizy w nocy. Nie zawsze było tak grubo ale dosyć często. Przy czym ja chodziłam do technikum, dużo zakuwalam i spotykałam się z moim obecnym mężem. A matka psuła nerwy dalej na własne życzenie i miała w dupie jak ja sobie z tym radze. Pamiętam jak kiedyś miałam nawet atak paniki, to zapytała co mi jest po czym zadzwoniła do siostry żaląc się jak to ona nie ma źle. Później zamieszkaliśmy z chłopakiem że sobą i też się nic nie zmieniło, staremu coraz bardziej odwalalo, mimo że czesciej wyjeżdżał. Nic też nie dał pobyt w szpitalu, kiedy to mój mąż go uratował jak pijany połknął w cholerę tabletek. Jak nas przepraszał, że on nie chciał, że on głupi, a i tak dalej robi swoje. Mając wszywkę jeździł dalej za granice, nie leczyl się i udawał, że jej nie ma - bo jak mu kumple mówili przecież można pić, że nic mu nie będzie. Tak jemu nic nie było, tylko mi - ześwirowalam do reszty, nie mam ochoty przez nich żyć i nie potrafię się odciąć. Mam też problemy z samoakceptacją no ale też mnie to specjalnie nie dziwi, zawsze czułam się gorsza, w podstawówce na wfie ostatnia, w okularach, później ogłuchłam na jedno ucho (aparat nie pomaga). Rodzice mnie nigdy nie chwalili, interesowali się głównie tym żebym do szkoły chodziła (miałam tylko jedno koleżanke i pamiętam jak dziś jak ona się rozchorowała i się o tym dowiedziałam to nie chciałam chodzić do szkoły, bo tak się wszystkim stresowałam). I z tym stresowaniem mam tak do dziś, w gimnazjum i technikum było już lepiej bo wzięłam się w garść i próbowałam nawiązywać bardziej kontakty, miałam więcej dobrych koleżanek, starałam się uczyć - mimo że musiałam dłużej siedzieć niż inni (tak mi się zdaje) ale to dzięki temu czułam się lepsza. Ale z tyłu głowy zawsze coś zostaje, nie jestem dalej pewna siebie, łatwo się łamie przy błahostkach a co dopiero problemach. Nie chcę mi się wstać z łóżka, robię to co muszę - prysznic, śniadanie, kawa, studia, szybkie zakupy i znów do łóżka przed tv lub telefon/laptop. Raz na jakiś czas się spotykamy ze znajomymi itp. ale ja najchętniej bym przesiedziała cały dzień w domu. Nic mnie nie cieszy nawet lampka wina... Gdy teraz szukam pracy na cześć etatu, żeby połączyć to ze studiami to stresuje się jeszcze bardziej, czy dam radę. Bo widzę, że jest jeszcze gorzej ze mną. Pamiętam że jak chodziłam do pracy to tak nie myślałam o wszystkim i jako łatwiej wszystko szło ale z drugiej strony nie nadaje się do wielu prac, gdyż często mam tak że Boje się panicznie z kimś rozmawiać, że go nie zrozumiem, że nie będę wiedziała co zrobić, że ktoś mnie wyśmieje. Boje się czy dam sobie radę w jakiejkolwiek pracy, czytam opinie o pracodawcach gdzie łapie się za głowę co można z ludźmi robić i tak mi się jeszcze bardziej odechciewa. Życie jest bez sensu. Studia ledwo się zaczęły od nowa i już mam problem, nie idzie mi w ogóle praca mgr. Pisze kilka dziadowskich stron i nic z tego nie wynika. Boje się, że jeszcze to zawale i będę bez normalniej pracy, bez studiów, bez wlasmego bezpiecznego kąta przy boku walnietych ludzi. W końcu jeszcze mój mąż znajdzie sobie kogoś innego, bo po co mu taka żona. Jednak nie chce robić tego tez mężowi, żeby siedział ze mną... mam wsparcie od niego, bo mnie pociesza, nie ocenia, często wysłucha jeśli w ogóle się odważne przemówić (mam z tym po prostu trudności) ale nie potrafi mi bardziej pomóc. Nie jest specjalistą, chce mnie wziąć do lekarza ale ja się boje... że otworze się komuś, a ktoś nie bedzie mi w stanie pomóc. Ostatnie dwa lata w wakacje siedziałam cały czas w domu! Wychodziłam tylko do pracy w tamtym roku, w tym już jej nie miałam. Wiem to jest dziwne, żeby młodej kobiecie nic się nie chciało. Ja próbowałam, starałam się ale i tak zawsze się poddałam. Nie mam już siły, nie mam pomysłu. Nie chce mi się nic. Najchętniej bym umarla, to nie pierwsza moja mysl. Edytowane 11 Październik 2020 przez Patkka Hasztagi „Leniwy, ale zdolny” – tak często tłumaczymy zachowanie innych ludzi. Ale czy na pewno lenistwo jest stałą cechą charakteru? Zachowanie, potocznie określane jako lenistwo, można zdefiniować jako brak motywacji ku określonemu działaniu. Co zatem może wpływać na brak motywacji. Przyjrzyjmy się kilku powodom, dla których brakuje nam motywacji. Brak motywacji wynikać może z braku celu Problemem w trudnościach z realizacją celów może być nie tyle brak odwagi czy lenistwo, ile źle określony cel. Jeśli w pracy nie widzimy sensu naszych działań, jest wysoce prawdopodobne, że wkrótce poziom naszej motywacji wyraźnie spadnie. Zredefiniowanie celu czy nadanie sensu pracy może znacznie zwiększyć naszą ochotę na działanie. Brak motywacji może być wynikiem poczucia bezradności Martin Seligman wykazał w swoich badaniach, że poczucie bezradności przekłada się na niepodejmowanie działania. Tzw. wyuczona bezradność jest stanem wytworzonym w nas samych, kiedy przed dłuższy czas byliśmy poddawani oddziaływaniu szkodliwych bodźców lub nieprzyjemnych sytuacji. Przykładem może być przedłużająca się w pracy krytyka przez naszego szefa. Krytyka ta jest w stanie doprowadzić do tego, że kiedy nawet zmieni się przełożony, nasza motywacja nadal będzie niska. Sposobem na taki stan jest nabycie poczucia skuteczności i kontroli. Żeby to osiągnąć, warto popróbować nowych działań czy pomysłów. Nawet mała zmiana, dająca nam poczucie, że mamy na coś wpływ, może zapoczątkować odbudowywanie poczucia sprawczości. Brak motywacji jako wynik przemęczenia Znana w psychologii teoria Maslowa wskazuje, że jeśli nie zaspokoimy bardziej podstawowych potrzeb, trudno nam jest się skupić na zaspokajaniu tzw. potrzeb wyższego rzędu. Jeśli np. jesteśmy niewyspani lub głodni, będziemy mieli trudności w skupieniu się na samorealizacji. Bazując na tej teorii można powiedzieć, że przemęczenie (np. wynikające z przepracowania) wpływa na spadek motywacji i dopóki nie zregenerujemy naszego organizmu, trudno będzie nam wykrzesać z siebie optymizm do dalszej, wzmożonej pracy lub nawet do aktywnego relaksu. Przyczyna braku motywacji może leżeć w braku wiedzy na temat zarządzania sobą w czasie oraz braku wiedzy z zakresu rytmów dobowych naszego organizmu Zarządzanie sobą w czasie to zrozumienie, że aby skutecznie funkcjonować, musimy obowiązki i zadania odpowiednio podzielić. Z pomocą przychodzi tutaj np. zasada Pareto, która mówi, że nie chodzi o wypełnianie wszystkich obowiązków, lecz o osiąganie efektu. Okazuje się, że czynności, które nie zbliżają nas do celu, stanowią 80% naszego czasu. Dlatego warto skupić się na tych 20% czynności, które naprawdę są istotne. Również narzędzie, jakim jest matryca Eisenhowera, pozwoli nam ustalić, które czynności są pilne i ważne, a które nie i w jakiej kolejności je wykonywać. Jeśli chodzi o tzw. rytmy okołodobowe, psychologowie zauważają, że poziom naszej motywacji nie jest stały przez cały dzień i waha się w zależności od pory dnia. Warto zatem przyjrzeć się, kiedy jest najwyższy i kiedy warto działać, a kiedy trzeba sobie pozwolić na chwilę relaksu, ponieważ poziom ten osiągnął wartość najniższą. Brak motywacji może być rezultatem prokrastynacji, czyli chorobliwego odkładania spraw na później Prokrastynacja może wynikać z kilku przyczyn: może to być nuda, zła organizacja pracy, brak wiary w siebie lub w powodzenie przedsięwzięcia czy perfekcjonizm. Przeciwdziałanie wymaga zdefiniowania problemu. Rozwiązaniem może być uatrakcyjnienie sobie wykonywania danej czynności, stworzenie dobrego i – co ważne – realnego planu działania, poznanie własnych mocnych stron lub nauczenie się, jak radzić sobie z niepowodzeniami. Powodem braku motywacji może być również brak wiary we własne możliwości Przyczyn braku wiary w siebie na ogół można szukać w wychowaniu, w okresie dorastania. Wtedy to zaszczepiane są nam przekonania (przez rodziców, nauczycieli czy inne osoby z bliskiego otoczenia), według który jesteśmy zbyt leniwi, nie nadajemy się do czegoś, nigdy nie będziemy dobrzy w danej dziedzinie itd. Takie przekonania tkwią z nas na tyle głęboko, że często już w dorosłym życiu sabotujemy sami swoje działania. Nie widzimy sensu w podejmowaniu prób zmiany naszego życia, bo mamy takie przeświadczenie, że i tak nam nie wyjdzie. Rozwiązaniem tego problemu jest dotarcie do takiego błędnego przekonania i próba wypracowania nowego, bardziej nas wspierającego. Na koniec warto dodać, że na naszą motywację duży wpływ ma nasze nastawienie. Nie musimy być wcale omnibusami, żeby osiągać sukcesy. Badania pokazują, że wbrew powszechnemu mniemaniu, w życiu najlepiej radzą sobie nie prymusi, ale osoby, które uzyskują średnie wyniki. Okazuje się, że prymusi wcale nie muszą być bardziej inteligentni od osób przeciętnych. Mają oni za to dużą potrzebę aprobaty społecznej, w związku z czym starają się spełniać oczekiwania otoczenia (rodziców, nauczycieli). Warto tutaj pamiętać, że przez długi czas panowało przekonanie, że dobry uczeń to taki, który posiada encyklopedyczną wiedzę. Niestety, wiedza ta nie zapewnia automatycznie dobrego radzenia sobie w życiu. Co ciekawe, część z tych osób nawet nie kończy studiów. Jak mówi Brian Tracy, wielu biznesmenów i ludzi, którzy osiągnęli sukces to osoby, które w szkole były średnie lub nawet słabe. Wskazuje on, że nasza wiedza i umiejętności to tylko 15% naszego sukcesu. Reszta zależna jest od naszego nastawienia. Robert Kiyosaki w swojej książec „Bogaty ojciec, biedny ojciec” ujął to jeszcze inaczej, pisząc, że „prawdziwa nauka potrzebuje energii, pasji i palącego pragnienia”. O autorze Monika Goworek – psycholog, terapeuta, Warszawa Monika Goworek – The post „Żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce” – sztuka motywacji appeared first on Blog dla pacjentów.

zeby mi sie chcialo tak jak mis ie nie chce